przecietny inwestor nad Wisła

Sprawy intrygujące mniej lub bardziej, czyli życie toczy się nie tylko na giełdzie.

przecietny inwestor nad Wisła

Postprzez chocked » 2009-04-05, 19:13

Porzucili swoje zawody i dotychczasowe życie. Utrzymują się wyłącznie z
giełdy. - Cały ten rynek bardziej rzypomina wyścigi na Służewcu niż Wall
Street - mówi Rudolf

Miał ksywę "Ślimak", przez wiecznie obślinioną dolną wargę. Robił wrażenie
lumpa. Brudne włosy, łupież, niechlujne, wymięte ubranie. Na początku lat
90. przyjechał z biednej mazurskiej wsi na studia do Warszawy, rodzina
złożyła się na jego utrzymanie. Na początku pracował w mleczarni na
Targówku.

- Gdy go poznałem, obracał już 50 miliardami starych złotych - opowiada
Rudolf, inwestor giełdowy. - Studiował chemię organiczną i głosił teorię, że
kursy akcji poruszają się tak jak cząsteczki w łuku elektrycznym czy coś w
tym rodzaju. Nic z tego nie rozumiałem, ale jego opowieści wciągały.

"Ślimak" mieszkał w akademiku. Wyprowadził się dopiero po kolejnym dowcipie
swoich współlokatorów.

To były takie czasy, że inwestor często miał do czynienia z gotówką, trzeba
było przenosić kasę z biura do biura, bo przelewy bankowe szły tygodniami.
Koledzy podpatrzyli, że "Ślimak" wkłada pieniądze do materaca. Wyjęli mu je
i z paczek banknotów zbudowali Pałac Kultury na środku pokoju. "Ślimak" się
zdenerwował i postanowił wreszcie wynająć mieszkanie. Poza tym w ogóle nie
wydawał pieniędzy. Parę lat temu wrócił na Mazury i słuch o nim zaginął.

- To był jeden z nielicznych graczy, którzy potrafili w pewnym momencie
powiedzieć "dość!" - mówi Rudolf. - Dzięki temu zatrzymał całą kasę. Innych
takich twardzieli nie znam.

Wykład o gotyku czy nadwyżka Indykpolu

Rudolf skończył 30 lat i nigdy nie miał stałej pracy. Siedzimy w luksusowym
mieszkaniu, które wynajmuje na starym Mokotowie. Żyje sam pośród sterty
wymiętych dzienników ekonomicznych, napoczętych butelek drogich alkoholi i
telewizora wiecznie włączonego na ekonomiczny kanał Bloomberga. Wysokość
operacji finansowych, jakie przeprowadza codziennie od sześciu lat, to w
przybliżeniu pięcioletni dochód przeciętnego Polaka. Jest jednym z większych
graczy giełdowych w domu maklerskim Banku Ochrony Środowiska.

- BOŚ jest specyficznym domem maklerskim - mówi nam Rudolf. - Grają tu na
ogół ludzie, którzy porzucili swoje zawody i trudnią się wyłącznie giełdą.

Według stereotypu inwestor giełdowy to klasyczny yuppie: chodzi w garniturze
Hugo Bossa, ma drogi zegarek, staranne ekonomiczne wykształcenie i biegle
mówi po angielsku.

- A to gówno prawda - macha ręką Rudolf. - Większość "bosiowców" to
handlarze pietruchą, badylarze spod Grójca, właściciele zieleniaków,
wszelkiej maści dawni prywaciarze. Jest trochę ludzi na poziomie, ale cały
ten rynek atmosferą bardziej przypomina wyścigi na Służewcu niż Wall Street.

Na początku lat 90. Rudolf studiował architekturę. Raz w roku wyjeżdżał
dorobić do Szwecji. Pieniądze za dwa miesiące fizycznej pracy starczały
później na rok skromnego, studenckiego życia. Tuż przed wyjazdem na wakacje
w 1993 roku zainwestował na giełdzie swoje zaskórniaki - ok. 60 milionów
starych złotych.

- Liczyłem na jakieś 10 proc. zysku - opowiada. - Po powrocie okazało się,
że na giełdzie zarobiłem więcej niż przez dwa miesiące harówy w Szwecji.
Zacząłem poważnie się tym interesować. Byłem wtedy na czwartym roku
architektury, ale coraz częściej wykłady o gotyku przegrywały z nadwyżką
kupna Indykpolu. No i studiów nie skończyłem.

Zbliża się godzina 22. W Nowym Jorku, 15 tysięcy kilometrów stąd, kończy się
sesja giełdowa na Wall Street. Rudolf przynosi z lodówki kolejne piwo i
przerywa rozmowę. W milczeniu patrzymy w telewizor na zamknięcie Dow Jonesa,
głównego indeksu nowojorskiej giełdy.

Wezwanie na mięcho

Następnego dnia o 9 rano idziemy do domu maklerskiego w Banku Ochrony
Środowiska w centrum Warszawy. - BOŚ zasłynął tym, że dawał najlepsze
warunki detalicznym inwestorom - opowiada nam Rudolf po drodze. - Kredyty na
zakup akcji, specjalną salę z bezpośrednią transmisją wszystkich etapów
sesji giełdowej, a najwięksi inwestorzy indywidualni dostawali oddzielne
pokoje, terminal i swojego maklera. Choć teraz wiele biur ma o wiele
ciekawsze oferty, to właśnie BOŚ jest legendarnym miejscem spotkań
spekulantów, czyli ludzi utrzymujących się z agresywnej gry na giełdzie.

W BOŚ-u wszyscy się znają. Od razu zauważają, że jesteśmy spoza towarzystwa.
W palarni atmosfera oczekiwania. Inwestorzy w skórzanych kurtkach, dżinsach
i adidasach wymieniają informacje: "Jest cyna, że będzie wezwanie na mięcho.
Możemy łyknąć z karnetu i na ciągłych oddać. Nie będzie nawet potrzebny duży
lewar. Wczoraj wystarczyło 29, żeby zrobić taryfę w górę".

- O czym właściwie jest mowa? - pytamy Rudolfa.

- Ci panowie pewnie rozmawiają o akcjach zakładów mięsnych w Sokołowie -
tłumaczy Rudolf. - "Cyna" to inaczej "inside", czyli informacja poufna.
Wykorzystywanie i rozpowszechnianie takich informacji jest nielegalne, grozi
nawet za to więzienie, ale złapanie kogoś na takim przestępstwie jest bardzo
trudne. Wezwanie zgodnie z ustawą musi ogłosić inwestor, który kupuje
znaczny pakiet akcji danej spółki. "Łykać z karnetu" znaczy tyle, co kupić
jakieś akcje podczas pierwszej części sesji giełdowej, czyli na tzw.
fixingu, gdy ustalany jest kurs jednolity danego papieru. Mówi się o tym
"karnet", ponieważ kurs jest ustalany właśnie na podstawie karnetu
wszystkich zleceń kupna i sprzedaży. Następnie kupione na fixingu akcje
panowie chcą "oddać na ciągłych", czyli sprzedać jeszcze tego samego dnia w
czasie notowań ciągłych, które trwają od 13 do 16. Zaś "lewar" to kupowanie
akcji za pieniądze pożyczone od banku. Gdy inwestor ma np. sto złotych, to
może wziąć kredyt i kupić akcje za wielokrotność tej sumy. Natomiast "taryfa
w górę" oznacza maksymalny dopuszczalny wzrost ceny danego papieru - 10
proc. Nie ma w tym nic trudnego - kończy Rudolf. - Tu żargon ekonomiczny
miesza się z żargonem ulicy.

150 tysięcy obrotu za miejsce siedzące

Godz. 10.30. Zaczyna się fixing. Trafiliśmy na największy giełdowy debiut
minionego roku - pierwsze notowanie akcji Polskiego Koncernu Naftowego.
Wchodzimy do ciemnej, przypominającej niewielkie kino sali. Na telebimie
można na bieżąco obserwować przebieg sesji. Kilkadziesiąt osób nerwowo
wierci się na plastikowych krzesełkach, za chwilę na telebimie pojawią się
pierwsze cyfry. Mało miejsca, brak klimatyzacji, coraz ostrzejszy zapach
potu. Z bocznych drzwi wychodzi pracownik administracyjny: - Żeby nie było
nieporozumień, przypominam: od ósmego grudnia obowiązuje, że tak powiem,
przydział miejsc. 150 tys. obrotu miesięcznie to minimum, które zapewnia
miejsce siedzące. Proszę się stosować do przepisów.

- 150 tysięcy obrotu? Zenek, to ty od wczoraj już na stojaka! - próbuje
żartować jegomość w przednim rzędzie, ale nikogo to nie bawi. Nikt nie
wstaje.

Wreszcie wyniki. Zapada milczenie, słychać tylko trzy tykające zegary. Po
chwili większość zebranych w podnieceniu wychodzi na papierosa. Dyskutują w
kłębach dymu. Co pewien czas w jednym z czterech kątów rozlega się donośny
syk - ktoś kubeczkiem wody zalewa ciągle dymiące popielniczki.

Najwięcej do powiedzenia ma pewien zgarbiony czterdziestolatek z
rozczochranymi wąsami. Prezentuje swoje poglądy na temat przyszłości
poszczególnych spółek, chętnie podejmuje polemikę. Dowiadujemy się, że ów
jegomość na giełdzie wcale nie gra. - To taki "kulturysta teoretyk" -
wyjaśnia nam Rudolf. - Przyjeżdża tu z Garwolina posiedzieć, trochę sobie
pogadać.

Spółdzielcy i insajderzy

Andrzej ma 27 lat, licencję maklera i staranne ekonomiczne wykształcenie.
Jego praca polega na prowadzeniu inwestycyjnego portfela dużego zachodniego
banku. Codziennie dokonuje transakcji wartych miliony dolarów. Spotykamy się
w restauracji.

- Jest na tym rynku jakieś trwałe piętno tandeciarstwa, cwaniactwa,
zarobienia lekkim kosztem - zaczyna. - Wprawdzie na całym świecie są
przecieki i łamanie prawa, ale są też historyczne szkoły ekonomiczne, style
gry, wszystko opiera się na analizie technicznej [chodzi o analizę wykresów
kursów akcji, wielkości obrotów itp.- przyp. red.] albo fundamentalnej
[chodzi o śledzenie wskaźników w sprawozdaniach finansowych spółek - przyp.
red.]. A u nas... Wystarczy spojrzeć na "bosiowców". To dziwna zbieranina.
Kilku cenię: obracają dużymi pieniędzmi i mają świetne wyniki, znają się
dobrze na analizie technicznej i fundamentalnej. Ale inni grają nieuczciwie.
Tworzą nieformalne związki, tzw. spółdzielnie, i wspólnymi siłami starają
się przejąć jakąś małą firmę. Gdy mają już nad nią kontrolę, windują cenę
akcji do niewiarygodnych wysokości, kupując je i sprzedając między sobą. W
końcu sprzedają je ludziom, którzy uwierzą, że to dobra spółka i jej akcje
są tyle warte. W BOŚ-u jest też spora grupa insajderów, czyli tych, którzy
dzięki układom lub łapówkom mają dostęp do tajnych informacji. Pozostali to
emeryci, wariaci i hazardziści. Całe to środowisko łączy jedno: uzależnienie
od giełdy - podsumowuje Andrzej.

Zdaniem Andrzeja insajderzy zarabiają największe pieniądze. Nad
przestrzeganiem reguł gry, tak jak nad całą giełdą, czuwa Komisja Papierów
Wartościowych, ale nad wyciekaniem tajnych informacji zapanować po prostu
nie sposób.

- Rynek tajnych informacji wykształcił już się równie dobrze jak rynek
akcji - uważa Andrzej. - Każdy "insajd" ma swoją policzalną cenę, kosztuje
działkę z zysku, gotówkę lub inną ważną informację. Przecieki idą między
innymi od prawników przygotowujących kontrakty, przejęcia spółek, fuzje - to
oni dyktują ceny.

- Dużo żądają? - pytamy.

- Z reguły 10 proc. zysku. Sami sobie policzcie. Ostatnio niezłe informacje
chodziły po 50 tysięcy dolarów.

- Czy "insajderzy" czasem wpadają?

- Może jeden na tysiąc. Z tym jest tak samo jak z wykrywalnością
"spółdzielni". Jedynym sukcesem organów sprawiedliwości było wykrycie
"spółdzielni" Chemiskóru. Nikt zresztą nie poniósł za to konsekwencji.
Straciła na tym jedynie ulica, czyli drobni akcjonariusze. "Spółdzielcy",
jak zawsze, zdążyli na czas wyskoczyć i sprzedać swoje udziały. Inne
strategie inwestycyjne są jeszcze bardziej żenujące: na przykład chodzenie
do prywatyzowanych fabryk i wyłudzanie od nieświadomej załogi pracowniczych
akcji po zaniżonych cenach. Bywało też, że w pierwszym dniu sprzedaży akcji
jakiejś prywatyzowanej firmy "inwestorzy" przychodzili pod bank z ekipą
"bejsbolistów" i rozganiali zwykłych ludzi, którzy stali w kolejce całą noc.
Tak na naszej giełdzie hartowała się stal.

- Uważasz więc, że bez przekrętów nie opłaca się grać na giełdzie?

- Opłaca się - mówi Andrzej bez namysłu. - Ale to dużo trudniejsze.

Pani Janeczka zrzuca trzy spółki

W BOŚ-u zaczyna się dogrywka. Jest to specjalny obrót akcjami już po fixingu
w celu zrównoważenia rynku. W ciemnej sali wszyscy siedzą wpatrzeni w
telebim. Najpierw metaliczny głos syntezatora mowy wita zebranych głośnym
"DZIEŃ DO-BRY". To coś jak sygnał przed bitwą. Na ekranie zaczynają migać
cyferki, a metaliczny głos komputera podaje kursy i ofertę, np. "E-
LEK-TRIM, SPRZE-DA, CZTER-DZIE-ŚCI, PIĘĆ-DZIE-SIĄT, CZTE-RY". Rozdzwaniają
się telefony komórkowe, słychać pospieszne narady, konsultacje, wreszcie
polecenia. W rogu sali pracownik banku czeka na zlecenia i błyskawicznie
przekazuje je maklerom. Pod koniec dogrywki bardzo głośno, niemal krzycząc,
ogłasza wartości indeksów.

Po dogrywce Rudolf podchodzi do starszej pani. Mówi jej coś na ucho. - Mam
tylko dwadzieścia minut, bo muszę być na ciągłych - zastrzega starsza pani.
Wygląda na emerytkę, ma ciepły, babciny uśmiech i narzucone na ramiona
sztuczne futro.

- Trzy dobre spółki wczoraj zrzuciłam, aż serce się kroi. Dzisiaj chciałam
je odkupić po wyższej cenie, ale znowu za mało dałam. Rynek jest silny,
cholera jasna!

Pani Janeczka do emerytury uczyła w szkole historii. - Nigdy w życiu nie
miałam do czynienia z pieniędzmi - opowiada. - Teraz spędzam w biurze
maklerskim siedem godzin dziennie. Zainteresowałam się tym na serio podczas
hossy, pod koniec 1993 r. Pomyślałam sobie: "Ludzie takie pieniądze
zarabiają, dlaczego ja nie miałabym się załapać?". Nie miałam zielonego
pojęcia o giełdzie, ale widząc kolejne rekordy cen, zdecydowałam: "Zapiszę
się!". Wzięłam swoje oszczędności w dolarach, nakupiłam akcji i prawie od
razu przeżyłam największy krach warszawskiej giełdy - "czarną wiosnę 94".
Straciłam połowę wszystkiego. To była dla mnie ogromna suma.

Pani Janeczce na chwilę znika ciepły uśmiech z twarzy. - Gdybym wtedy
sprzedała resztę i wycofała się, to straciłabym i koniec. Ale ja się nie
poddaję tak łatwo. Zamieniłam część akcji na inne i cierpliwie czekałam.
Postanowiłam się też poduczyć. Najpierw kupowałam giełdową gazetę "Parkiet".
Próbowałam to czytać, ale te wszystkie wykresy, wstęgi Bollingera, japońskie
świece przyprawiały mnie o mdłości. Na szczęście w naszym biurze w BOŚ-u był
bardzo miły analityk, pan Paweł, uczył mnie od podstaw analizy technicznej,
fundamentalnej... Pokazał, jak się czyta sprawozdania finansowe spółek,
porównywał trendy na rynkach zachodnich. Wszystko notowałam w zeszycie i
potem przerabiałam w domu. I następny rok był dla mnie jednym z najlepszych.
Weszłam wtedy w banki, a one pięknie rosły. Odrobiłam wszystkie straty, i to
ze sporą nawiązką. Teraz staram się to robić profesjonalnie. Każdy dzień
zaczynam od analizy największych rynków na świecie, na bieżąco śledzę w
Bloombergu notowania w Londynie, Tokio i Nowym Jorku. Kontroluję też ceny
surowców. W 1996 r. miałam więcej otwartych pozycji [czyli akcji na rachunku
maklerskim - red.], niż niejeden młokos w BOŚ-u. I do tego codziennie zdążę
jeszcze mężowi obiad ugotować,a w domu wszystko w kostkę poskładać - pani
Janeczka uśmiecha się filuternie. Patrzy na monitor komputera: - No, my tu
gadu-gadu, a już zaczynają się ciągłe. Muszę wracać.

Przez internet na Wall Street

Andrzej, który ma 27 lat, staranne wykształcenie ekonomiczne i licencję
maklera, uśmiecha się pobłażliwie. - Trzeba przyznać, że "bosiowcy" się z
czasem wyrabiają. Jeszcze niedawno zdarzały się dni, że był tam istny dom
wariatów. Kilka lat temu przychodził na przykład taki facet z telefonem
komórkowym wielkości walizki. W trakcie sesji głośno oświadczał, że właśnie
dzwoni do prezesa giełdy Wiesława Rozłuckiego, bo "to skandal, żeby
wszystkie akcje tak leciały na mordę". Wykręcał jakiś numer i mówił: "Panie
prezesie, są takie straszne trzaski w telefonie, że zadzwonię do pana
później".

Jeszcze niedawno częstymi gośćmi BOŚ-a byli "żołnierze" z podwarszawskich
mafii.

- Gdy w obrocie były Powszechne Świadectwa Udziałowe, było ich naprawdę
wielu - opowiada Andrzej. - Takich gości od razu można poznać. Nie
interesowała ich giełda, mieli twarze nie skażone refleksją. Ale w biurze
zachowywali się bardzo spokojnie.

Świadectwa były świetną pralnią pieniędzy: obrót pozagiełdowy nie był
ewidencjonowany, handlowano nimi w kantorach albo z ręki do ręki. Dlatego
gangsterzy ukrywali w świadectwach zyski z brudnych interesów.

Szefowie gangów też inwestują, choć sami nie śledzą tabel, bo to dla nich
zbyt skomplikowane. Powierzają pieniądze specjalistom od zarządzania.

Zdaniem Andrzeja najlepszymi inwestorami są ludzie młodzi, w wieku 25-30
lat. Dla niektórych warszawska giełda jest już za ciasna. Potrzebują
bardziej płynnych rynków i grają przez Internet na Wall Street, w Londynie
czy na zachodnich giełdach towarowych. Pieniędzy, które już zarobili, i tak
nie wydadzą do końca życia, ale ich wartość przestała być dla nich ważna -
stały się żetonami.

- Ci spoza Warszawy nie mają nawet czasu na wynajęcie domu czy mieszkania -
opowiada Andrzej. - Przez pięć giełdowych dni tygodnia zajmują apartamenty
najdroższych hoteli.

Poprosiliśmy Andrzeja, by umówił nas z kimś takim.

- Bez szans! - odpowiedział od razu. - Oni nie gadają z obcymi. Pamiętam
moje spotkania z ludźmi, którzy robili "spółdzielnie" na Chemiskórze. Mieli
taką paranoję podsłuchów, że parkowaliśmy samochody nad Wisłą, komisyjnie
wkładaliśmy wyłączone komórki do bagażnika i rozmawialiśmy, spacerując z
dala od samochodów. Kilka miesięcy później okazało się, że ich obawy były
uzasadnione, bo UOP namierzał ich telefony. Ponoć można przez nie
podsłuchiwać rozmowy, nawet gdy są wyłączone.

Kiedy powiedzieć: dość!

Przerwa między dogrywką a początkiem notowań ciągłych trwa 45 minut. Na
giełdzie nic w tym czasie się nie dzieje. Inwestorzy z BOŚ-a idą na obiad do
stołówki pracowniczej pobliskiego gmachu Budimeksu.

- Wszyscy "bosiowcy" tu przychodzą - tłumaczy Rudolf. - Kiepscy gracze
dlatego, że jest tanio, a ci lepsi, bo można tu spokojnie pogadać.

- Jesteś bogaty? - pytamy go znienacka.

- To źle postawione pytanie. Pieniędzy, którymi obracam, nie wydaję na
życie.

- To ile chcesz zarobić, żebyś zaczął wydawać?

- Opowiem wam historię. Mojemu koledze w pewnym momencie brakowało 15
tysięcy do okrągłego miliona dolarów. Tak sobie po prostu założył, że gdy
będzie miał milion, to wycofa się z giełdy. Pech chciał, że kilka miesięcy
temu rynek zaczął spadać. Jemu się jednak spieszyło, bo obiecał żonie
słodkie życie. W panice zrobił kilka ryzykownych operacji i w kilka dni z
tego prawie miliona zostało mu 15 tysięcy, czyli tyle, ile mu brakowało.
Mówię o tym, żeby wam uświadomić, że większość ludzi nie potrafi z tego
wyjść. Nie wiedzą, kiedy powiedzieć: dość! Wiele razy o tym myślałem, w
sumie nie muszę już pracować, a ciągle ryzykuję bardzo duże pieniądze. Mimo
to nie zamieniłbym tej roboty na żadną inną.

Kupić tanio sprzedać drogo

Do naszego stolika dosiada się znajomy Rudolfa pan Bogdan. - Szaconeczek -
podaje nam rękę. Ma około pięćdziesiątki, siwiejące włosy zaczesane na
brylantynę, brązową skórzaną kurtkę i zniszczoną torbę z napisem "Adidas". -
Opowiedz chłopakom, jak zacząłeś grać - namawia go Rudolf.

- To było dwadzieścia lat temu - mówi z cwaniackim uśmiechem.

- Za granicą? - pytamy z niedowierzaniem.

- Nie. Pod hotelem Warszawa.

Pan Bogdan nie lubi słowa "cinkciarz". - Prowadziłem taki przenośny kantor
wymiany walut - tłumaczy. - Stałem pod hotelem albo pod Peweksami. Ciężki
kawałek chleba. Trzeba było uważać na milicję i kolegów. W 1989 r. założyłem
z kolegą legalny już kantor. Szybko jednak okazało się, że musimy go
zamknąć, bo chciało się do nas przyłączyć kiepskie towarzystwo. W 1993 r.
odeszła ode mnie druga żona. Zachorowałem na wątrobę. Postanowiłem wziąć się
do jakiejś normalnej pracy. Kupiłem taksówkę, ale źle się czułem jako
"cierpiarz". Mały pieniądz. Władowałem więc resztę "zielonych" w giełdę. Po
trzech miesiącach zarobiłem już na nową "kabarynę" [samochód - przyp. red.].
Później większość pieniędzy straciłem, ale na giełdzie zostałem.

Pan Bogdan prosto opisuje swoją strategię inwestycyjną: - W BOŚ-u wszyscy
filozofują, a cała rzecz polega na tym, żeby kupić tanio, a sprzedać drogo.

Każdy będzie bankrutem

Bankructwa to w tym towarzystwie bardzo drażliwy temat, ale prawie każdego w
jakiś sposób to dotknęło. Czasem jeden błędny ruch może przekreślić całe
życie, zwłaszcza kiedy można wziąć kredyt siedem razy większy od pieniędzy,
którymi się dysponuje. W kilka dni można stracić nie tylko dorobek całego
życia, ale też wkopać się w długi na kilkadziesiąt lat.

- Kiedyś po mocnym załamaniu jedna kobieta, która zastawiła mieszkanie,
szlochała spazmatycznie przez całą dogrywkę - mówi Rudolf. - Proces stawania
się bankrutem jest zawsze taki sam: jak trzeba spłacać kredyt, najpierw
zastawia się samochód, następne w kolejności są dom albo mieszkanie, potem
już rodzinne pamiątki i biżuteria żony. W końcu jeśli gość ma zawód - idzie
do pracy, jeżeli nie - do opieki społecznej. Sam byłem już bankrutem, więc
coś o tym wiem. Miałem naprawdę spory portfel. Był wart tyle, że mogłem za
te pieniądze przez ładnych kilka lat spokojnie żyć. W tydzień straciłem
wszystko i jeszcze popadłem w długi, bo oprócz swojego prowadziłem też
rachunki innym ludziom. Miałem skrajną depresję i żadnych konstruktywnych
myśli, jak wybrnąć z kłopotu. W dzień leżałem bezmyślnie na łóżku wgapiony w
sufit, nocami bez sensu łaziłem po osiedlu. Uratowali mnie koledzy z BOŚ-a.
Jeden znajomy, który miał dużo pieniędzy, zaproponował, żebym nimi zarządzał
za procent od zysków. Dzięki temu udało mi się spłacić długi i wyjść na
prostą. W tym zawodzie nikt nikomu do końca nie wierzy, ale w BOŚ-u mamy
jednak coś w rodzaju wspólnoty zawodowej. W krytycznych sytuacjach można na
nich liczyć, bo tylko oni mają pieniądze, tylko oni rozumieją ten problem i
tylko oni wierzą, że w razie czego ktoś nimi też się zaopiekuje.

Żeby tylko grał dalej

Zdarzają się jednak skrajne przypadki. Człowiek o ksywce "Pasiasty" wyglądał
jak obywatel Piszczyk. Był prawdziwym arcymistrzem moczenia. Z
zegarmistrzowską dokładnością kupował akcje w górce, a sprzedawał na
maksymalnym dnie. W końcu kilku cwaniaków, którym nie chciało się rysować
wykresów, zauważyło go. Podchodzili, zagadywali: "W co inwestujesz, jak ci
idzie", i on poważnie odpowiadał: "Kupuję to, sprzedaję tamto". A oni grali
pod niego. Gdy kupował - sprzedawali, gdy sprzedawał - kupowali. Był prawie
nieomylny, tylko w przeciwną stronę. Pisał o nim nawet ekonomiczny serwis
Reutersa. Kiedy już kompletnie zbankrutował, podobno nawet zebrali pieniądze
i pożyczyli mu, żeby tylko grał dalej.

Ci, którzy się wyzerują, i tak przychodzą, żeby chociaż popatrzeć - mówi
Rudolf. - Nie potrafią się od tego uwolnić. Wielki guru rynków kapitałowych
George Soros napisał kiedyś, że giełdą rządzą dwie potworne ludzkie emocje,
od których trudno się uwolnić: chciwość i strach.

W Polsce działa 35 biur maklerskich, które prowadzą ok. 1,5 mln rachunków
inwestycyjnych. Według szacunków Warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych
udział klientów domu maklerskiego Banku Ochrony Środowiska w obrotach giełdy
wyniósł ok. 3,8 proc. (dane z 1998 r.).

W Polsce w 1998 roku udział inwestorów indywidualnych w obrotach akcjami
wyniósł 39 proc. Taki sam procent obrotu stanowili inwestorzy zagraniczni.
Pozostałe 22 proc. udziału w obrotach stanowią krajowi inwestorzy
instytucjonalni.

MIKOŁAJ LIZUT, TOMEK LIPKO
"Go ask your portfolio manager for his definition of "risk," and odds are that he will supply you with a measure that excludes the possibility of the Black Swan"
chocked
 
Posty: 66
Dołączenie: 2009-01-22, 14:29
Miejscowość: Poznan

Powróć do Hyde Park

Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 1 gość